Dlaczego właśnie ja - czyli mądrala...
Napisałem w życiu kilka scenariuszy filmów fabularnych, kilka odcinków popularnej
telenoweli, ponad setkę reklam, wyreżyserowałem fabule i serial. Po drodze
dostałem kilka liczących się nagród za scenariusze. To wszystko. Jedni
twierdzą, że jak na trzydziestolatka to dużo -ja twierdze, że mogłoby być
więcej.
Dlaczego FILM "tak bardzo się pomylił" i zlecił mi napisanie tej
szacownej broszurki? Nie mam pojęcia. Ale postaram się naprawić błąd FILMU i
podzielić się z wami moją niewiedzą na temat alchemii, którą niewprawieni zwą
scenariopisarstwem. Może nie uda mi się was niczego nauczyć, ale postaram się
was przynajmniej trochę rozerwać. Jeśli nie macie zamiaru brać się za pisanie
scenariuszy - nie szkodzi. Dzięki tej broszurce można zaoszczędzić sporo kaski.
Wystarczy przeczytać, przemyśleć i zadać kilka prostych pytań kumplowi, który
wiośnie wrócił z kina. W zależności, jak odpowie, iść na film, na którym był,
albo go olać. Nie ma sensu wydawać kasy na słabe filmy. Ja tak robię od dawna
i działa...
Co to jest "dobry scenariusz" - czyli niemożliwe...
Dobry scenariusz to taki, z którego powstał dobry film. Proste, ale nie do
końca. Zależność jest taka: z dobrego scenariusza można zrobić film dobry albo
film zły. Ze złego scenariusza nie można zrobić filmu dobrego. Niemożliwe. I
niestety sprawdzone wielokrotnie.komentarz
Dobra... ale jak ocenić scenariusz, z którego nie zrobiono jeszcze filmu? Jak ocenić sam
scenariusz? Metody są różne - ja polecam swoją. Po pierwsze, scenariusz trzeba
przeczytać. Jak jest nudny - kosz. Jak nie zaśmialiśmy się ani razu - kosz. Jak
nie zakochaliśmy się w żadnej z postaci - kosz. Jak nie zostaliśmy ani razu
zaskoczeni - kosz. Jak mieliśmy wrażenie, że to wszystko gdzieś już było -
kosz. Jak nie nauczyliśmy się czegoś ważnego i mądrego - kosz. Nie muszę
dodawać, że podczas czytania kosz powinien być pod ręką. Miejsce złych
scenariuszy jest w koszu na śmieci. Szkoda na nie prądu.
Moja metoda jest oczywiście skrajnie subiektywna, ale, jak wiadomo, nie ma
obiektywnych sposobów na ocenę - przepraszam za wyrażenie - twórczości
artystycznej. Obiektywnie można zmierzyć komuś czas na setkę (Einstein byłby
pewnie innego zdania) - dzieła sztuki, niestety, zmierzyć się nie da.
No właśnie, a jak to właściwie jest z tą sztuką?
Artyści kontra Rzemieślnicy - czyli mordobicie permanentne...
Krew mnie zalewa, gdy ktoś mówi o sobie, że jest artystą. Nie mam pojęcia dlaczego.
To reakcja zupełnie emocjonalna i irracjonalna. To chyba Herbert powiedział
kiedyś, że artystą się nie jest, tylko się nim bywa. I to jest, jak sądzę, słuszna
koncepcja.
Dlatego, jeśli chcesz pisać dla filmu i uważasz się za artystę, wywal tę broszurkę,
podepcz ją i podpal, odetnij się od niej w swoim artystycznym manifeście, patrz
w gwiazdy i pisz, pisz, pisz...
Niestety, pisanie scenariuszy to umiejętność w dużej mierze rzemieślnicza. Trzeba mieć
warsztat, wiedzę, pasję, cierpliwość i natchnienie (tak - natchnienie na
końcu). Jest to, niestety, tak jak z krzesłem - najlepiej się siedzi na krześle
od dobrego stolarza. Spróbuj usiąść na krześle z awangardowej galerii, to
doświadczysz tego, o czym mówię.
A dlaczego o tym mówię? Dlaczego zabieram głos w odwiecznym sporze między
artystami i rzemieślnikami?
Otóż robię to w imię pokory. Pisanie dla filmu wymaga pokory. Pokory przed historią,
którą chcemy opowiedzieć, pokory przed niezliczoną ilością sposobów
opowiedzenia tej historii, pokory przed widzem, któremu każemy płacić za
dwugodzinny pobyt w ciemnej sali i pokory przed Palcem Bożym, który albo nas
dotknie i da nam natchnienie, albo nie.
Kino fabularne jest opowiadaniem historii. Czasami bywa sztuką, zazwyczaj bywa
rozrywką. Najgorzej, gdy stara się być sztuką, a jest po prostu nudą. Wszędzie
może być nudno, ale nie w kinie. Nuda w kinie to katastrofa.
I od tego właśnie jest scenarzysta-rzemieślnik - od tego, żeby nie było nudno.